Ten album to więcej niż folk, to współczesna muzyka świata, która czerpie z polskiej tradycji ludowej nie mniej, ale też nie więcej niż Ry Cooder z amerykańskiej (m.in. rozkołysany „Lament”). Gitarzysta prezentuje cały kalejdoskop technik akustycznych, nie stroni od egzotycznych skal. Niekonwencjonalny perkusista i wybitny producent (m.in. grup Faith No More i New Order) Roli Mosimann wzbogaca refleksyjny album grą oszczędną i kolorową.
Daniel Wyszogrodzki Zwierciadło grudzień 2011
Z Niemożliwego Szlaku
Michał Zygmunt gra na gitarze głową i sercem. Jego trzecia płyta to dalszy ciąg wędrówek po niemożliwym szlaku, na którym spotykają się- jak w potencjalnym dowcipie- Polak, Rusek, Murzyn z Delty, Żyd i Indianin. W inspirowanych ludową nutą melodiach słychać i karpacką melancholię, i chłopskie westchnienie, i bluesowy pazur, i amazońskie szamaństwo. W opowieść wpleciono cztery piosenki ludowe zagrane z werwą na akordeonie przez dziadka muzyka, Zdzisława Jamborskiego a nad całością czuwał szwajcarski perkusista i producent, były członek Swans, Roli Mosimann. “Muzyki” parzą jak piekło, wciągają jak wiry wodne, uwodzą jak rusałki i południce, intrygują jak rzadkie motyle.
Filip Łobodziński
Newsweek 32/2011
„Muzyki” Michała Zygmunta: wsiowo i światowo
Nie ma tej płyty (od razu uprzedzę – „jazzowej” w minimalnym stopniu) w empikach, nie ma w merlinach, nie ma w sklepikach na internetowych portalach aukcyjnych, nigdzie jej nie ma, nawet śladu, że była, choćby przez chwilę; dziwię się, że nie znalazłem o niej – poza jedną, we wrocławskiej „Gazecie Wyborczej” – żadnej recenzji albo chociaż krótkiej wzmianki. Nie usłyszycie muzyki z „Muzyk” w radiu, teledysk (bardzo fajny) może mignie wam w TVP Kultura, coś tam można znaleźć na youtube. Nisza w niszy, cenny drobiazg upchany na dnie szafy.
Michał Zygmunt gra na gitarze, a właściwie – na licznych gitarach, ale zawsze akustycznych – i robi to w stylu trudnym do zdefiniowania, co zdecydowanie wyróżnia go spośród zastępów jazzowych, klasycznych, rockowych, folkowych, country’owych czy alternatywnych wymiataczy. Z każdego z tych słoików coś tam uszczknął, od każdego z wielkich mistrzów czegoś się nauczył, jakąś sztuczkę i zagrywkę podejrzał, ale i tak gra po swojemu, a na dokładkę ma spore ambicje pozamuzyczne, żeby nie powiedzieć nieładnie: popularyzatorskie. Tak przynajmniej wnioskuję, słuchając „Muzyk”, trzeciej (nie licząc tej z kolędami) płyty wrocławianina.
Michał Zygmunt: – „Muzyki” napisałem do archiwalnych, czarno-białych zdjęć, ukazujących ludzi i ich codzienne życie. Zdjęcia pochodzą z zbiorów i kolekcji zebranych z wielu różnych miejsc, są tam fotografie podarowane przez grupy mniejszości etnicznej, zamieszkujących tereny Dolnego Śląska, zbiory muzealne, ale też prywatne zdjęcia znajomych i rodziny. Pobrzmiewają melodie z ludowych pieśni zasłyszanych w dzieciństwie, odgrzebane w starych książkach, ale też grane wspólnie w muzykującej rodzinie.”
Do jakiej szufladki włożyć to dzieło, nieprzeciętne pod każdym względem: kompozytorskim, brzmieniowym (producentem płyty jest niejaki Roli Mosimann, produkował wcześniej nagrania Björk i Faith No More, więc chyba dobra liga, to zresztą słychać) i edytorskim? Eksplikacja pana Michała każe sięgnąć po etykietę „muzyka świata”, czyli po naszemu – folklor. Nie znoszę, mówiąc szczerze, folkloru, a mimo to – podoba mi się bardzo, za każdym razem coraz bardziej, choć są tu fragmenty jakby żywcem wyjęte z malowanej skrzyni (to te utwory, gdzie słychać akordeon). Najbardziej lubię te miejsca, które z żadną konkretną estetyką mi się nie kojarzą, gdzie jest potężna energia zmieszana z finezją i wirtuozerią, mocna, uporczywa melodia nie zacytowana z żadnego ludowego śpiewnika, a po prostu urodzona w wyobraźni autora, a samo granie – bardzo męskie, siłowe nawet, aż struny się rwą, że się tak wyrażę. Tu bezkonkurencyjne są zwłaszcza dwa kawałki: otwierający płytę „Lament” i nr 3 – „Na Kujawach pięknie grają”. To są właśnie te numery, których słuchając, rozumiem, dlaczego produkcję całego albumu Michał Zygmunt oddał w ręce specjalisty zza granicy – to są, potencjalnie, internacjonalne, radiowe hity, momentalnie zapadające w pamięć, okraszone dyskretną elektroniką, z perkusyjnym drugim, a czasem i pierwszym, planem, zupełnie nie spod tej długości i szerokości geograficznej (bębni i dzwoni sam producent). Jest też kilka uroczych, całkiem solowych miniatur, uzupełniających tę koronkową, wielośladową robotę studyjną, której odtworzenie na żywo wymaga pewnie zatrudnienia kilku co najmniej muzyków. To niech już pozostanie zmartwieniem autora, któremu serdecznie życzę, żeby dżobów miał teraz, kiedy jest w tak dobrej formie, jak najwięcej.
Adam Domagała
blog „Z dżezem lżej”
http://zdzezemlzej.blogspot.com/2011/07/muzyki-michaa-zygmunta-wsiowo-i.html?spref=fb
AUDIO
Stare porzekadło prawi, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Niestety w tych czasach jest to tylko wyświechtany frazes. Mówimy dużo, ale nie mówimy o czymś. Aż tu nagle okazuje się, że poprzez same dźwięki, wcale nie wydawane przez nasze aparaty głosowe, można przekazać tak wiele. I to właśnie jest kwintesencją płyty “Muzyki” Michała Zygmunta.
Kombinacja 13 utworów, w których prym wiodą dźwięki wspaniałej gitary, jest zestawieniem być może prostym, ale w tej właśnie prostocie idealnym. Chociaż “Muzyki” zaczynają się od bardzo nostalgicznego, niespokojnego “Lamentu”, nie sposób odmówić im doskonałości wykonania oraz dziwnej energii. Oksymoronem byłoby nazwanie jej pozytywną, ale z drugiej strony niesie ona za sobą wspaniałą moc. Gdyby można było przedstawić tę muzykę na płaszczyźnie meteorologicznej, zwiastowałaby burzę.
Michał Zygmunt w sposób bardzo zgrabny wplótł własne kompozycje pomiędzy utwory ludowe. To połączenie jest doskonałym przykładem na to, że nawet z najbardziej znanych melodii można wykrzesać coś nowego. Dokładając do tego płynące niczym chmury na niebie melodie mamy efekt, który nie pozwala odkleić się od tej płyty.
Choć większość instrumentów ma za zadanie bycie tłem dla gitary nie sposób ich nie zauważyć. Subtelna perkusja, pojawiający się akordeon – niby to tylko dodatki, ale nadają smak każdej kompozycji. Z jednej strony wszystko związane z “Muzykami” jest minimalistyczne, zaczynając od bardzo skromnego, okraszonego starymi fotografiami opakowania krążka, po użycie instrumentów. I ten właśnie minimalizm pozwala na popuszczenie wodzy własnej wyobraźni. Wszystkie zamieszczone na tej płycie kompozycje są na tyle plastyczne, że każdy może je odbierać i przekształcać na obrazy we własnej głowie.
Wydawać by się mogło, że pewna staroświecka maniera, która oznacza talent, pomysł i brak zbędnych ozdobników przeszła zupełnie do lamusa. Jeśli ktoś tak właśnie myśli, powinien czym prędzej kupić “Muzyki” i przekonać się, jak bardzo się myli. Ta płyta jest idealna w swej prostocie i jednocześnie w piękny, nastrojowy sposób ukazuje, że mniej znaczy więcej. I nawet warstwa liryczna jest absolutnie zbędna.
Julia Kata Audio wrzesień 2011
I owe this CD to Adam Domagała who described it gracefully on his blog Z dżezem lżej and without his note it would most probably slipped out of my focus. Not surprisingly since “Muzyki” places itself on a very fringes of jazz music to the same extent as for example Bill Frisell’s “Nashville”. Similarities to great American guitarist do not end on strong folk element present in Michał Zygmunt music, they extend further to things much more important because they share similar sensivity, musicality, creativity. As Frisell Zygmunt creates open structures in which he blends folk, jazz, classic, pop and electronic music, all spoken in language entirely his own, because his affinities to Frisell are only in ideas not in style.
Michał Zygmunt – “Muzyki” (2011)
Kto słyszał o Michale Zygmuncie? Gdzie ostatnio czytaliście z nim wywiad? Która z muzycznych gazet rozpisywała się dłużej o tym młodym gitarzyście? Nie czekam na odpowiedź, znam ją. Gdzieś mignęła krótka informacja, że koncert, że nowa płyta, że to trzecia już w dorobku…więcej nic. I dobrze – pewnie nie pisałbym o tej płycie, gdyby – tak, jak na to zasługuje – została szerzej zauważona. Ale ponieważ najnowszej płyty Michała Zygmunta nie ucapił żaden wielki pijarowy Nakręcacz Popytu, z rzetelną satysfakcją nie dam Wam o niej zapomnieć!
Bo „Muzyki” (tak zatytułowane jest najnowsze – hm, napiszmy to w końcu – dzieło Michała Zygmunta) to płyta, za którą stoi, oprócz poziomu samej muzyki, pewna dodatkowa wartość: idea. Ta mianowicie, mówiąc najprościej, która pragnie ocalić od zapomnienia świat, który skończył się wraz z II Wojną Światową. To świat (nie tylko) polskiej wsi, prostych ludzi, ich pracowitego żywota, i tych nielicznych wolnych w nim chwil, które zrodziły tradycję muzyki ludowej. Cóż obecnie bardziej przypomina nam o tej epoce niż stare, czarno-białe, przedwojenne fotografie? Idę o zakład, że właśnie takie wyszperane wśród rodzinnych albumów wyblakłe fotografie to pierwsza, i chyba najważniejsza, inspiracja dla płyty.
Zresztą – właśnie twarze z takich starych zdjęć patrzą na nas z kart efektownej książeczki dołączonej do wydawnictwa. A muzyka? Wyrosła z fascynacji wiejską tradycją ludową, pełna etnicznych tropów i wielokulturowych inspiracji z jednej strony, a z drugiej wibrująca nowocześnie skrojonym jazzem i nieśmiałą elektroniką. W każdym razie – to ascetyczna symbioza gitary akustycznej i loopów, czasem też gościnnie akordeonu. Trochę (cóż, chcąc nie chcąc, zawsze jakieś muzyczne skojarzenie się przyplącze) „Muzyki” przypominają – łatwością wzbudzania tęsknoty za utraconą epoką, pewną dozą nostalgii oraz skromnością w doborze środków wyrazu (gitara + dodatki) – niektóre z płyt Billa Frisella (te z subtelnie podaną county-americaną) czy Marca Ribota. Ta płyta to nie naftalinowa cepeliada i kolejna retro-wydmuszka – to kunsztowna muzyczna wyprawa „w poszukiwaniu utraconego czasu”.
Łukasz Ragan
4871
Gitarzysta i kompozytor Michał Zygmunt swoimi poprzednimi płytami – wydanym w 2008 roku albumem “Światy” i krążkiem “Organic” sprzed roku – pokazał, że ma pomysł na siebie i swoje granie. Postawił na akustyczne, bardzo przejrzyste i miłe dla ucha brzmienia oraz wpadające w ucho gitarowe melodie. Na pierwszym albumie osadził je w klimatach okołojazzowych, na drugim powędrował w rejony umownie nazywane “muzyką świata”.
Na wydanej kilka dni temu płycie “Muzyki” jeszcze bardziej skonkretyzował swoje poszukiwania – tym razem eksploruje polską muzykę ludową. Nie robi tego jednak w sposób znany z albumów Golec uOrkiestry czy grupy Zakopower, jego podejście do tradycji jest bliższe poczynaniom Kapeli ze Wsi Warszawa – na 13 kawałków cztery to utwory tradycyjne, pozostałe to kompozycje Michała, bardzo silnie inspirowane ludowością. Nie są to jednak pisane współcześnie oberki. W swoich utworach muzyk ociera się o muzykę z Andaluzji (“Czemu jemu”), a fanom jego spokojniejszych kompozycji z pewnością spodoba się ballada “Pokochałem Ciebie” czy “Piękna, piękna”. Poszukiwacze eksperymentów powinni natomiast zacząć od trzeciego na płycie, granego w rytmie 3/4 i pełnego przetworzonej elektronicznie gitary, utworu “Na Kujawach pięknie grają”. Z kolei oddechem od gitary są dwie ludowe melodie zagrane na akordeonie przez Zdzisława Jamborskiego.
Producentem płyty jest znany m.in. ze współpracy z wrocławską elektroniczno-klubową Miloopą Szwajcar Roli Mosimann. Ten, mający na koncie pracę przy płytach Björk, Faith No More, The Young Gods, The The i New Order, realizator spojrzał na polski folklor z dystansem obcokrajowca. Dzięki niemu “Muzyki”, choć na pewno ciekawe dla rodzimych fanów folkloru, wychodzą poza krajowe opłotki. Są mniej hermetyczne i mogą stać się przepustką wrocławskiego gitarzysty na etno-sceny poza Polską. Dodatkowo Mosimann udziela się na płycie jako perkusista – w jego grze słychać zupełnie inne myślenie o roli instrumentów perkusyjnych niż to, jakie znamy z polskich kapel ludowych. W utworach “Wesołak” czy “Muzyki” podkład rytmiczny przypomina raczej ten z flamenco, niż na przykład transowe bicie w wielki bębenek obręczowy z brzękadłami.
Polski folklor w wydaniu Michała Zygmunta jest bazą do muzycznych wędrówek. Zawsze jednak, niezależnie w którą stronę idzie, słychać w jego muzyce szacunek do tradycji i muzycznych korzeni. W dzisiejszym świecie pełnym elektronicznych pokus, nieograniczonych wręcz możliwości technicznych studia nagraniowego i parcia do produkcji hitów to rzecz bardzo cenna.
Źródło: Rafał Zieliński- Czerwiec 2010 Gazeta Wyborcza
W porównaniu z pierwszą płytą Światy instrumentarium Michała Zygmunta wzbogaciło się o instrumenty perkusyjne – na płycie gra Przemek Jarosz. Dało to muzyce Michała wielkiego, pozytywnego „kopa”.
Oczywiście w ocenie gitarowych purystów, wyborna technika i styl Michała bronią się same, ale dla mnie podkreślenie beatu i swingująca czasami interakcja pomiędzy timingiem obydwu muzyków, to prawdziwa uczta dla uszu i zmysłów. Słychać to w szczególnie w utworach, rozwijających się z ospałych w bardzo dynamiczne (Wolność Patrzy z Boku, Teoria Poznania). Niektóre kompozycje są tak przebojowe, że gdyby dodać do nich jakiś charyzmatyczny wokal, powstałoby z nich kilka wielkich popowych hitów (Wibrujące Ciało czy Czas utrzymany w klimacie Dominica Millera) i można by było zbić na nich fortunę. Zmysł melodyczny jest tu najwyższej próby. Inne utwory nastrajają romantycznie i melancholijnie (Legenda o Deszczowym Drzewie, Twoje Oczy są Rzeką), jednak zawsze tu słychać tu radość z gry, która prędzej czy później przenosi się na słuchacza. Trochę tu mniej ciszy niż na pierwszym albumie, ale Michał nadal potrafi nią grać jak mało kto.
Osobny temat to brzmienie gitar. Album powstawał w studiach Wrocławia Nowego Yorku, oraz Acquapendente we Włoszech, dzięki czemu – posłuchajcie sami otrzymaliśmy sound najwyższej czystości i jednocześnie transparentności. Gitary (a było ich wiele) brzmią surowo i krystalicznie, słychać każdy gliss i (zamierzony) fretbuzz – wszystko to dodaje albumowi uroku i sprawia radość z obcowania z żywymi instrumentami. Kompozycje tytułowe (są w sumie 4), będąc impresyjnymi miniaturami dźwiękowymi, spajają całość w „organiczny” byt, oddychający i pulsujący dźwiękami gitar. Odważny i całkiem trafiony pomysł, który można nazwać pierwszym polskim akustycznym concept-albumem!
Maciej Warda, Top Guitar, sieprień 2010.
Jako pierwszy polski gitarzysta akustyczny Michał Zygmunt postanowił nagrać serię videoclipów do swoich utworów z ostatniej płyty “Organic”.
Nie ma to jednak nic wspólnego z papką, jaką serwują nam znane stacje telewizyjne epatujące płytkimi i niewiele znaczacymi teledyskami artystów pop, czy dance. Inteligente polączenie obrazu z dźwiękiem to bardzo wymagające zadanie, jeśli chcemy uzyskać coś więcej niż synchronizację ruchów ust ze śpiewanym tekstem.
Dobry “obrazek” to coś znacznie poważniejszego i często trafiającego wprost do uczuć odbiorcy przez swój klimat, efekty, tonację kolorystyczną, czy wreszcie dobre ujęcia wykonane dobrym sprzętem przez dobrego filmowca. Właśnie coś takiego otrzymaliśmy ostatnio od wybornego polskiego gitarzysty akustycznego – Michała Zygmunta.
Jest to gitarzysta i kompozytor, studiował gitarę na wydziale jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach. Debiutował w czerwcu 2008 roku płytą “Światy”, uznaną przez dziennikarzy muzycznych za wyjątkowy debiut. W recenzjach nazwano artystę mistrzem akustycznej gitary jazzowej, a jego muzykę esencją world jazzu. W 2010 ukazała się druga autorska płyta Organic, która jest połączeniem surowego brzmienia gitar akustycznych z głęboką miłością do muzyki świata.
Emocje, które towarzyszą gitarzyście wydatnie podkreślili Monika Kotecka i Patryk Kiżny komponując piękne ujęcia w kameralnych okolicznościach przytulnej sceny. Widzimy tylko Artystę, sprzęt i Muzykę – nic więcej nie potrzeba by uzyskać efekt urzekający każdego wrażliwego na piekno odbiorcę. Gorąco polecamy zapoznać się z tymi videoclipami, bo czegoś takiego w Polsce jeszcze nie było.
Nawiasem mówiąc, pozazdrościć Michałowi managementu, który zdecydował się na takie działania. Niewątpliwie spowoduje to wzrost popularności Artysty i to dzięki kolejnym produkcjom (tym razem video) na poziomie!
Top Guitar TV, lipiec 2010
http://topguitar.pl/artykuly/441#page
Płyta Światy to wyjątkowy debiut. Michał Zygmunt jawi się nam jako w pełni ukształtowany artysta. […] Michał pięknie gra, melodyjnie komponuje jakby idąc za radą Quincy Jonesa (melody, melody, melody!), ma ukształtowany swój rozpoznawalny styl (jakże ważna to rzecz) i brzmienie. To z kolei zasługa ekipy realizatorskiej. […] Gitary doskonale tu “gadają” racząc słuchacza swym akustycznym tonem. Michał genialnie buduje napięcia, przebojowo wręcz prowadzi melodie, by w innych momentach wirtuozersko i drapieżnie zaatakować struny niczym Nuno Bedtenkourt. Zawartość płyty to połączenie stylistyki fingerstyyle z wieloma odmianami jazzu, pierwiastkami flamenco oraz korzeniami kultury afrykańskiej i cygańskiej. Utwór “Pieśń Galerników” przywodzi na myśl klimat “Children of Sanchez” Chucka Mangione – słyszymy tam głęboka gitarową introspekcję: smutki, melancholię i, wydawać by się mogło, intymne tajemnice duszy. To co Rembrant potrafi oddać pędzlem, Michał Zygmunt maluje swoją gitarą – życie we wszystkich swoich odcieniach. Niektóre kompozycje (Planeta Słów, Wszystkie Poranki Świata, Kobiety) są zagrane z taka lekkością, przebojowością i wdziękiem, że nie pogardziliby tymi pomysłami topowi artyści sceny pop. Jednocześnie posiadają one jednak niebanalną budowę, nutkę niepokoju i odpowiedniego nerwu, niezbędnego przy muzyce ambitniejszej niż komercyjny mainstreem. Z kolei w standardzie Amazing Grace, który z flażoletowego (a jakże!) tematu przeradza się w ekspresyjną improwizacje. Gitarzysta folguje sobie nieco z dyscypliną formy i precyzją odtwórcy. Improwizacje to zresztą kolejny atut Światów. Występują często i niepostrzeżenie co świadczy o ich idealnym wpasowaniu i “akuratności”. Płytę kończy utwór przywodzący na myśl Hot Club the France – klimatem niespodziewanie przenosi nas w czasy młodości Stephane Grapeeliniego i Django Rainchardta. Światy to samotna podróż, ale bynajmniej nie introwertyka tylko świadomego swej wartości muzycznego globtrottera. Jest dużo oddechu, powietrza i jednocześnie dużo funkowego stukotu dłoni po pudle rezonansowym oraz wirtuozerskich przemyślanych niuansów artykulacyjnych, co razem daje wyjątkowy muzyczny kolaż z gitarą w mianowniku. Mam nadzieję, że po wydaniu tej płyty Michał Zygmunt zyska fanów i szersze uznanie w gitarowym świecie. Moje już ma.
Maciej Warda, Top Guitar, listopad/grudzień 2008
Zaskakująca płyta z gitarą akustyczną w roli instrumentu rytmicznego. Do tego pomysłowe aranżacje i ciekawe efekty stereofoniczne. “Światy” to uczta dla ducha. Zygmunt gra oszczędnie, a przy tym niezwykle barwnie. Melodie stanowią jedynie pretekst do przedstawienia misternych rytmicznych struktur. “Planeta Słów” brzmi jak światowy przebój w wersji instrumentalnej. Tymczasem to “tylko” kompozycja autora płyty. Za to jaka! Niech się schowają wykonawcy łatwego i przyjaznego jazzu spod znaku “smooth”. To właśnie muzykę Michała Zygmunta należy określić tym mianem, a nie jakieś popowe pobrzękiwania. Dawno nie usłyszałem tak zgrabnie przygotowanego materiału na gitary akustyczne. […] Przyjemna niespodzianka na polskim rynku fonograficznym.
Grzegorz Walenda, Hi Fi i Muzyka, grudzień 2008
[…] Doskonali artyści, którzy przez całe lata budowali swoją pozycję jako wszechstronni “muzycy do wynajęcia”, wychodzą z cienia. Sidemani, niegdyś obstawiający show telewizyjne, festiwale i koncerty gwiazd, debiutują jako liderzy własnych zespołów, nagrywają i wydają autorskie płyty. Przykłady? Basista Piotr Żaczek, gitarzyści Artur Lesicki i Marek Napiórkowski. I od niedawna – wrocławianin Michał Zygmunt, absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej katowickiej Akademii Muzycznej. […] Materiał był nagrywany w domowym studiu artysty. Ale nie tylko dlatego “Światy” brzmią inaczej niż większość gitarowych płyt. Otóż Zygmunt nagrywał na pozbawionym pudła rezonansowego (ale z nylonowymi strunami) instrumencie firmy Godin. Gitara ta nie ma “głębi” gitary klasycznej, za to dzięki jej akustyczno-elektronicznej konstrukcji możliwa jest swobodna modyfikacja uzyskiwanego na niej dźwięku. Michał Zygmunt skorzystał z tego dobrodziejstwa z godną szacunku powściągliwością. Do partii podstawowych dodał nieco pogłosów i modulacji, unikając brzmieniowych eksperymentów.
“To piosenki na gitarę. Bez technicznych fajerwerków, z naciskiem na melodię” – mówi młody gitarzysta.
Jedynymi ustępstwami na rzecz psychodelii są dwa krótkie interludia. Poza tym płytą rządzą melodie: w nibybluesowej “Pieśni galerników”, w bujającym “Fafarafa” czy w “Tożsamości Ewy”, gdzie quasi-funkowe zagrywki pod koniec utworu ustępują delikatnemu, gitarowemu graniu.
“Światy” zostały niemal w całości zarejestrowane na gitarze, choć po pobieżnym jej przesłuchaniu może się wydawać inaczej: gitarę słychać nawet w trzecim i czwartym planie, imituje ona kontrabas, perkusję. Zygmunt posłużył się też tureckim bębnem darabuka, który pojawia się w dwóch utworach. Odstępstwem od brzmieniowej reguły albumu jest też jazzowy standard “All of Me”, zagrany techniką fingerstyle, zwykle używaną w muzyce country. “To taki żart na koniec” – mówi gitarzysta […]
Czytelne, chwytliwe melodie, klarowne gitarowe brzmienie – ten patent sprawdził się już wiele razy. Dlaczego nie miałby zadziałać jeszcze raz?
Rafał Zieliński, Gazeta Wyborcza, lipiec 2008
Michał używa techniki fingerstyle, coraz popularniejszej w Polsce, choć niezwykle trudnej i stanowiącej nie lada wyzwanie dla gitarzystów. Z tego egzaminu artysta wychodzi jak najbardziej obronną ręką. Skacze po stylach w sposób niezwykle dojrzały. Możemy usłyszeć mistrzowsko zagrany etniczny jazz sięgający korzeniami kultury afrykańskiej, a także rasowe flamenco. Polecam z czystym sumieniem ten album: być może mamy do czynienia z jednym z ciekawszych zjawisk w tym sezonie muzycznym.
Tomasz Jakubowski, Audio, lipiec 2008
Wrocławianin Michał Zygmunt był do tej pory mistrzem drugiego planu. Teraz nagrał własną płytę. Absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach grywał jako muzyk sesyjny z innymi artystami lub jako członek zespołu Acoustic. Do sklepów trafił właśnie debiutancki album gitarzysty “Światy”. Album bardzo dobry. Na płycie znalazło się trzynaście instrumentalnych utworów. Większość to autorskie kompozycje artysty, są też standardy jazzowe jak “All Of Me”, znana z wykonania Franka Sinatry czy Billie Holiday. Płyta brzmi jednak bardzo spójnie, a wszystko dzięki rozpoznawalnemu i co najważniejsze nienachalnemu stylowi gry Zygmunta. Połączenie fingerstyle, etnicznego jazzu i flamenco nie razi, bo na płycie nie brakuje muzycznego oddechu i przestrzeni. To krążek na długie, leniwe wieczory z lampką wina. Te piękne melodie artysta nagrał w swoim domowym studio. Gitarzysta powinien zrobić sobie na domowych półkach miejsce na nagrody. Do wyróżnień, po wydaniu “Światów”, przybędzie mu na pewno więcej muzycznych laurów.
Marta Wróbel, Polska – The Times, Sierpień 2008